4 rok bez Ciebie Tato

klepsydra_znicz

Dzisiaj mija 4 lata Tato. Czas zbyt szybko płynie  , obiecywałam sobie tyle rzeczy a tyle mam zaległych spraw.Tęsknie i wspominam . Praktycznie nie ma dnia żebym o Tobie nie myślała . Jadę jutro na grób do babci którą kiedyś się opiekowałam . Od czasu gdy odeszła pozostało mi tylko zapalić znicz na jej grobie , także w Twojej intencji Tato. Tylko tyle mogę tutaj zrobić. Mam nadzieję ,że mama była  u Ciebie , wiem ,że dawno jej nie było , ja będę dopiero mogła w wakacje . Codziennie jesteś w moim sercu . Tyle mam Ci do opowiedzenia …

Pamiętam

wspomnienia

Kolonia i wyjazd do Polski

Przed wyjazdem do Polski musieliśmy pojechać jeszcze do Koloni ,żeby odebrać dokumenty z Konsulatu. Ogólnie same wrażenia z pobytu w samym Konsulacie oceniam w 90 % negatywne . Czas oczekiwania pomimo umówionej godziny za długi . Miałam odebrać tylko dokument potrzeby do rejestracji na stronie ePUAP ,aby móc potem odebrać dowody dla dzieci w Polsce . Do samego Konsulatu moim zdaniem każdy może wejść i wyjść kiedy chce ,żadnej ochrony  , bramka tam stojąca była praktycznie nie wykorzystywana przez wchodzących , gdyż przechodzili bokiem , obok tzw, punktu informacyjnego , ochroniarskiego, trudno to nawet określić czym zajmował się ten Pan . Miałam wrażenie że ta bramka w ogóle nie działała  .W każdym razie moim zdaniem pracownik Konsulatu powinien wyglądać nieco inaczej , tym bardziej ,że jest pierwszą osobą z która ma się kontakt po wejściu do Konsulatu. Osoba na reprezentacyjnym miejscu wyglądała raczej tak jakby balowała najmniej jeden dzień wcześniej ,do tego  garnitur po prostu wymiętolony . Naprawdę inne wyobrażenie miałam o Konsulacie , przecież to jest najważniejsza placówka nas reprezentująca .Nic nie można się dowiedzieć bo nie ma się kogo zapytać, bo osoba  z punktu informacyjnego w większości czasu przebywała przed Konsulatem paląc i gawędząc z jakimiś osobami .Okazało się ,że na podpis Pana Konsula trzeba będzie poczekać więc poszliśmy zwiedzić Katedrę DOM. Jedyny plus to miła Pani w okienku ,która do mnie później zadzwoniła , gdy dokument był już podpisany.Ogólnie oboje z mężem byliśmy zaskoczeni i zniesmaczenia samym pobytem w Konsulacie .Duże zaskoczenie.Udało nam się zwiedzić Katedrę , piękna i imponująca budowla. Robi ogromne wrażenie , bardzo dużo turystów . Chciałabym kiedyś wejść na górę i zobaczyć Kolonię z wysokości .Pawła bolała jeszcze noga bo operacji , za dużo chodziliśmy tam i z powrotem do Konsulatu i po mieście . Nie przyznawał mi się do tego , dopiero później jak już zaczął trochę kuleć i to zobaczyłam. Szkoda ,że nie zabrał ze sobą wtedy tej kuli. Byliśmy zmęczeni ,głodni i trochę poirytowani ,oczywiście musiało dojść do lekkiego spięcia , głównie z powodu ,ze byliśmy głodni a tak naprawdę nie było gdzie normalnie zjeść , a jak było to wszystkie stoliki były zajęte . W końcu jednak udało się nam kupić jakieś krzywe kanapki , nie warte ani jednego centa , żałowałam ,że więcej na podróż nie zrobiłam jedzenia. Udało nam się w końcu odebrać po spacerze dokument i mogliśmy wracać . Już trochę w lepszych nastrojach.

***ł

Na początku sierpnia pojechaliśmy do mamy do Bytomia.

autostradaa4RalfLotys.jpg_678-443

 

 

Przed wyjazdem do Polski

 

Bardzo chcieliśmy pojechać do Polski na wakacje, najlepiej na Mazury, niestety i w tym roku to się nam nie udało. Postanowiłam jednak, że w przyszłym roku pojedziemy, zrobię wszystko żeby w końcu pojechać z dziećmi.Najlepiej gdzieś do bardzo spokojnej okolicy, chciałabym też trochę pozwiedzać nie lubię siedzieć w jednym miejscu. Na dzień dzisiejszy postanowiłam sobie, że wszystko, co zarobię dodatkowo ze sprzątania będę odkładała do skarbonki. Jak na razie odkładam, chociaż niestety raz zrobiłam coś, czego nie powinnam była robić. Niestety otworzyłam skarbonkę, wyszły dodatkowe opłaty za mieszkanie i trochę zabrakło przed wypłatą. Oczywiście pieniążki do skarbonki trzeba oddać. Nie wiem ile tam jest, ale jeśli będę się trzymać planu to będzie na wakacje i jeszcze trochę zostanie.

W lipcu musieliśmy pojechać do Koloni żeby potwierdzić moja tożsamość na ePUAP, musiałam tam złożyć wnioski na nowe dowody osobiste dzieci. Paweł był wtedy po operacji lewego kolana, którą miał w czerwcu. Noga bolała go już jakiś czas wcześniej, prawdopodobnie przez te wkładki ortopedyczne w butach, miały mu pomóc a prawdopodobnie mu tylko zaszkodziły. Wcześniej nie miał takich problemów z kolanem. W każdym razie obawiałam się tej operacji, bo w marcu podpisał umowę z Firmą. Ale nie tylko o to chodziło, obawiałam się po prostu samej operacji, tego usypiania i itd. Paweł też się martwił, no, ale bez tej operacji jego stan mógł tylko się pogorszyć. Tego dnia, gdy już podjeżdżałam pod przychodnię to jeszcze się pokłóciliśmy. Jak zawsze musiał mnie krytykować jak jeżdżę i się zdenerwowałam. Oboje byliśmy wtedy zdenerwowani, tak naprawdę to wszystko z powodu tej operacji . Oboje byliśmy podenerwowani cała tą sytuacją.

Operacja odbyła w ciągu jednego dnia i tego samego dnia wrócił do domu.  Zwolnienie Paweł miał na dwa tygodnie, potem jeszcze go przedłużał i tylko parę zabiegów rehabilitacyjnych. Kolano dobrze się goiło, jednak trzeba było uważać żeby go nie obciążać.W dalszym ciągu musi uważać, ale i tak bardzo szybko wrócił do pracy.Dobrze, że wszystko tak się skończyło.

***

W każdym razie tydzień do dwóch nie powinien był jeździć samochodem. W tym samym czasie, czyli niedługo właśnie po operacji mieliśmy pojechać do Konsulatu w Kolonii. Paweł postanowił, że pojedzie, bo wiedział, że ja boję się jeździć po autostradach. Chciałam jechać , bo ja trzeba to jadę. Sama nie wiem,czego się obawiam,   prosta droga i można lecieć, a ja mam jakiś lęk przestrzeni, nic tylko droga i droga. Lepiej czuję się na mieście, a przecież w mieście jest trudniej, ciągle jakieś korki, roboty na ulicach, problemy z parkowaniem i wiele, wiele innych utrudnień. Mimo to czuję się lepiej w trakcie jazdy po mieście. Autostrada mnie denerwuje już po pół godzinie i te Tiry, mam manie na ich punkcie. Niekiedy ciągnie się po prostu tylko sznur Tirów.Paweł jednak się uparł ,że będzie jechać i pojechaliśmy.

autostradaa4RalfLotys.jpg_678-443

Ale ten czas szybko upływa

164120__close-up-book-pen_p

 

Jak zawsze działo się dużo, nawet bardzo dużo. Pomijam już fakt moich marnych obietnic pisania, chociaż raz w tygodniu, nic z tego nie wyszło, nad czym bardzo ubolewam. Wkurza mnie to, bo ponownie parokrotnie sobie obiecywałam, że wieczorkiem jak będę mieć, chociaż chwilkę to napiszę. Czas niekiedy był, ale jakoś tak nie chciałam pisać przy Pawle. Muszę mu w końcu powiedzieć o tym blogu i nie będzie problemu. Dlaczego mu nie powiedziałam, nie wiem, po prostu pisze bardziej dla siebie a także, dlatego, że za parę lat będę mogła powspominać jak to było. Pamięć jest ulotna i nie wszystko jesteśmy w stanie zapamiętać. Opisuję rzeczy dla mnie ważne z mojego codziennego życia :) . Dlaczego jeszcze nie powiedziałam Pawełkowi, bo może się obawiam, że mnie wyśmieje, albo ze powie ze nie mam nic do roboty, chociaż akurat raczej tego by raczej nie powiedział, bo mam od cholery zajęć. A to, co lubię najbardziej zostawiam na sam koniec, może powinnam zmienić w końcu kolejność. Może, dlatego też jestem taka podenerwowana, bo myślę o tym a tego nie robię. Powiedziałby na pewno że za dużo sobie znowu zajęć wynajduje. Staram się na wszystko znaleźć czas, chociaż z jedna rzeczą robię źle, siebie zostawiam na sam koniec. Kurcze tyle jest ciekawych rzeczy do zrobienia i zobaczenia a tak mało czasu. Dwa miesiące temu wpadłam na fajną ulotkę żeby zwiedzić 21 zamków w Hesji, coś fantastycznego, bo uwielbiamy właśnie stare zamki, muzea, jakieś ruiny, góry, chcieliśmy pojechać na Mazury. Teraz już wiem, że w tym roku to Mazur nie zobaczę :( ale przysięgam że w przyszłym roku pojedziemy. W końcu po 15 latach musi się nam udać :) Wracając do zamków, w ciągu roku powinno się zwiedzić 21 zamków, można tam niby wygrać weekend na jednym z nich. Jednak nie o to chodzi, bo wiadomo jak to jest z tymi konkursami itd. dla mnie same zwiedzanie to przyjemność. No niestety stało się inaczej, zdążyliśmy być tylko na jednym zamku. Pawłowi coś się stało w kolano, oczywiście nie z powodu tego zwiedzania tylko z powody pracy.Musiał mieć operowane kolano i właśnie dopiero parę dni temu wrócił do pracy.
W maju mieliśmy Pierwszą Komunię Świętą Ani, 12 urodziny Wikusi w kwietniu, ja skończyłam 2 Moduły szkoły i jestem na trzecim kursie, teraz akurat są wakacje, które tutaj rozpoczęły się 18 lipca i będą do 29 sierpnia. Nadal pracuję u Tamary i nadal chciałabym iść na kurs florystyczny, ale martwi mnie to, bo muszę wybrać. Praca czy nauka, wiem, że będę musiała wrócić do pracy. Podejrzewam, że ta florystyka pozostanie w sferze moich marzeń.Teraz wiem, że trzeba było się uczyć, kiedy był na to czas.

Aż 3 lata bez Ciebie Tato !

umrzeć za wcześnie ostatnie pożegnanie

 

Trzy lata minęły Tato bez Ciebie , zbyt szybko płynie ten czas. Pamiętam codziennie o Tobie w modlitwie ,chociaż zastanawiam się często czy tam gdzie jesteś jest coś co nas wszystkich czeka czy po prostu tylko wierzymy ,że coś tam jest. Akurat w Święta Wielkanocne znowu naszły mnie takie przemyślenia o życiu ,egzystencji i co dalej .

***

Dopiero trzy lata temu mieliśmy komunie Wikusi,dwa miesiące po twoim odejściu,było nam wszystkim przykro i smutno bez Ciebie ,ale pamiętaliśmy tez o tym żeby ukryć nasz żal w sercach na ten czas .Bardzo nam brakowało Twojej obecności. Dlaczego to wspominam bo teraz znowu będziemy mieli komunie , naszej małej Ani w maju , wszystko już mamy przygotowane , tylko gości nie ma , za daleko teraz mieszkamy , może uda się Magdzie z Julką przyjechać. Znowu w tak ważny dzień nie będzie Cię z nami . Tak czekałeś na komunię Wikusi.

***

Dzisiaj wspominałyśmy Ciebie Tato , ja i dziewczynki, Ania chciałaby zostać lekarzem , Wikusia programistka gier :)nie można jej niekiedy oderwać od komputera .

nieśmiertelność

Wyjazd cd….

Jak-zaplanować-zagraniczny-wyjazd-1080x603.jpeg

 

Od razu po opuszczeniu tego nieszczęsnego hotelu pojechaliśmy do taty na grób. Tęsknie za nim, wspominam codziennie w myślach, tylko tyle zostało, dzisiaj w końcu zrobiłam ten album do końca, wyśle go mamie. Zabrałam wcześniej jej wszystkie zdjęcia, bo nie chciała w domu żadnych zdjęć taty. Ostatnio jednak poprosiła mnie o parę zdjęć, pomyślałam jednak, że zrobię piękny album i jej wyśle. Wczoraj chyba nawet ją telepatycznie ściągnęłam myślami, akurat pisałam, gdy zadzwoniła, w sumie tak bez powodu, chciała tylko pogadać. Ona puszcza sygnał a ja oddzwaniam. Tak naprawdę to często są to rozmowy o takich błahostkach, nie potrafię z nią rozmawiać, niekiedy nie mam nawet ochoty, za dużo się nasłuchałam od niej obraźliwych rzeczy i nie umiem tego zapomnieć. Wczoraj wyjątek – zapytała się o Pawła, ostatnio też o niego pytała, ale to, co już było nie wróci, nie wiem, co musiałoby się zmienić, Paweł już tego jednak nie wybaczy, mi tez jest trudno to zrobić, rozmawiamy, ale już nie tak jak kiedyś.

***

Wtedy w listopadzie, w końcu udało się namówić Pawłowi dziewczynki żeby pojechały do babci, ja nie dałam rady tego zrobić! Zadzwoniłam do mamy na wszelki wypadek wcześniej, że jestem a raczej, że jesteśmy. Totalnie głupia sytuacja, czułam się bardzo niezręcznie, Paweł powiedział mi, że to ona powinna się tak czuć a nie ja, bo przyjechaliśmy z dziećmi i musimy po hotelach mieszkać zamiast normalnie w domu u babci. W domu nic się nie zmieniło, oprócz tego, że trochę męskiej ręki w nim brakuje. Pomyślałam, że Arek totalnie w niczym jej nie pomaga, jak zawsze zresztą. Praktycznie spotkanie było takie nijakie, nie takie jak powinno być matki z córką, babci z wnuczkami, dziewczynki mama wyściskała jak najbardziej, chociaż one tego akurat nie lubią. Ja nie rozmawiałam tak jakbym chciała, powinno być miło, spontanicznie, wesoło w końcu rok się nie widzieliśmy, ale tak nie było, po tym wszystkim właśnie wygląda to tak jak wygląda. Jak jedna osoba może zniszczyć wszystko, Arka okazało się, że nie ma, myślałam nawet, że chowa się przede mną w pokoju, ale podobno wyszedł wcześniej jak się dowiedział, że przyjadę. Właśnie, dlatego zadzwoniłam do mamy, znając go wiedziałam, że tak zrobi, oczywiście mogłam tam przyjechać bez dzwonienia, ale nie chciałam żeby doszło do jakieś kolejnej kłótni jak zawsze, w dodatku przy dzieciach. Jak już wspomniałam, rozmowa była o niczym i o wszystkim po trochu, ale głównie to mama opowiadała o swoim zdrowiu, jak zawsze ma wszystkie choroby świata. Wiem, że trochę choruje, ale ma dopiero 63 lata, a od 20 ponad lat ciągle nowe choroby, szukanie i szukanie tych chorób. Powiedziałam jej nawet kiedyś, że szybciej ja się wykończę od stresu niż ona od tych chorób. Wczoraj zresztą było to samo w rozmowie telefonicznej, nasze rozmowy są głównie o chorobach i do jakich lekarzy ma terminy. Całe życie wmawia sobie różne choroby. Oczywiście jest chora, ale nie na to wszystko, o czym mówi.

***

 

Dziewczynki po godzinie zaczęły mnie poganiać, że one chcą jechać, mama była zawiedziona, tu wiem, że była szczera, wcale jej się nie dziwię, w końcu wnuczki przyjechały a nie chcą u niej być w odwiedzinach. Jest to przykre, wiem, ale mama sama do tego doprowadziła, że dziewczyny naprawdę maja niemiłe wspomnienia z babcią, niekiedy je tam coś podpytuje, chcę coś tam powspominać i głównie dziewczyny wspominają tylko te niemiłe sytuacje. Ale drugiej strony, co maja wspominać, babcia nigdy nie miała do nich specjalnej cierpliwości, nie umie z nimi rozmawiać. Tylko wtedy jak były malutkie to jeszcze było troszkę inaczej.

Pewel od 2 godzin czekał na nas na dole, w samochodzie, mieliśmy jeszcze sporo spraw do załatwienia, po tym wszystkim nie wszedł nawet do góry i nie mam mu tego za złe, to moja mama źle postąpiła, ale nie umie się do tego przyznać. Dziewczynki naciskały mamo, mamo, kiedy idziemy, trochę poopowiadały o szkole, ocenach i koleżankach, ale to ja musiałam im mówić, opowiedzcie coś babci troszkę. Wszystko takie było wymuszone. Paweł powiedział, że następnym razem jak nie będą chciały jechać to niech nie jadą. Wiem, nie powinnam ich zmuszać do odwiedzin u babci.Chciałabym żeby mama była dla dzieci taka zwyczajna, normalna, nie musi od razu dziergać na drutach, ale ona wydaje się taka niekiedy zimna, chłodna, nie wiem taka jak nie babcia.

Po dwóch godzinach wyszliśmy od mamy, naprawdę do dzisiaj dziwnie się czuję po tych odwiedzinach. Przykre to jest bardzo.

Nie było tak jak powinno być, wyjazd w listopadzie też był z jednej strony na wariata, ale oprócz paru spraw do załatwienia mieliśmy zabrać małego Yorka od naszej bardzo dobrej sąsiadki i przyjaciółki. Tak tez się stało. Po wizycie u mamy czułam przykrość, smutek, żal, rozczarowanie. Nie tak powinno być.

***

Nie udało nam się spotkać ze znajomymi, byliśmy za krótko, oprócz naszej koleżanki Sylwii i Grażynki z Mariuszem mieszkających naprzeciw naszego mieszkania. Spotkaliśmy się tylko z nimi.Potem tylko szybkie zakupy, latanie po paru sklepach. Byliśmy też w szkole Wikusi, bardzo miłe spotkanie z wychowawczynią i cała klasą, akurat udało nam się trafić z odwiedzinami w czasie przerwy lekcyjnej. Wiktoria była zachwycona , koleżanki też , nie mogli się nacieszyć .

Pieska nazwaliśmy Scooby, wszystkie dokumenty już mięliśmy wcześniej załatwione przez Sylwie, i tyle z naszej szalonej wyprawy, czas wracać do domu.Scobby w trakcie podróży trochę się bał, ale później pomału odrobinę się przyzwyczaił.

slodki-maly-york-sterczace-uszy

 

Wyjazd do Polski

 

 

Zbieram się i zbieram do napisania o naszym wyjeździe do Polski. Wyjazdu, który już się odbył w listopadzie, momentami nie mam ochoty do tego wracać z niektórych powodów, ale z drugiej strony miałam pisać o przeżyciach, wspomnieniach, rozterkach, smutkach i wszystkich tych różnych naszych uczuciach, które składają się na nasze życie. Chciałabym też nic nie zapomnieć, chociaż akurat tego nie da się zapomnieć.Jak już wcześniej wspominałam nie mogłam pojechać na Wszystkich Świętych do Polski, postanowiliśmy, że pojadę do DOMU, tak myślałam – do DOMU pod koniec listopada tak po 20. Jako ze nasze mieszkanie jest podnajmowane, logicznym było dla mnie, że pojadę do mamy, chociaż podejrzewałam, że mieszka lub pomieszkuje tam mój brat to jednak nie wiedziałam tego na 100%. Wypytywałam mamę parokrotnie o to w rozmowach telefonicznych, ale ona zawsze twierdziła, że nie lub, że tylko niekiedy ją odwiedza. Oczywiście totalna bzdura. Czytając, ktoś pomyśli, że się czepiam, a dobry syn tylko opiekuje się mamusią. Nie i jeszcze raz nie.Czuję się oszukana przez nich oboje, Arek to inna sprawa, całe życie żywił się innymi, chociaż chyba wyssał to z mlekiem matki i to dosłownie.Jestem rozgoryczona i zawiedziona tą cała sytuacją. Jak by to pięknie ubrać w słowa, to jedyne, co mi przychodzi do głowy to, że jak to się mówi „zostałam z ręka w nocniku”, to tak delikatnie a tak w ogóle to powiedziałabym inaczej, ale się hamuje, chociaż tutaj.

W każdym razie przy najbliższej okazji znowu zapytałam mamę czy mogłabym przyjechać, wtedy dopiero wyszło całkowicie szydło z worka, czyli, że jak najbardziej, no niby tak, ale Arek też tu mieszka. Pytam, dlaczego, jakim prawem, ile można tolerować prawie 40-letniego nieroba ( zaznaczam na swoje własne życzenie nie ma pracy) Sam idąc na dno ciągnął wszystkich po kolei za sobą, ile do cholery można pomagać. Rozumiem ze to niby mój brat i już wcześniej tysiąc razy pisałam o tym, pomagałam ja, pomagał Paweł, pomagaliśmy, chcieliśmy zrozumieć itd. itp. Po to tylko żeby potem usłyszeć w podziękowaniu sformułowania na nasz temat tylko po „łacinie „ Do tego wszystkiego mieszkanie jest w połowie moje, i ja nie mogę nawet przyjechać do matki i się zatrzymać. Mama stwierdziła, że wymyślam i, że ja się czepiam znowu, mało mnie nie trafiło, ona nigdy nic nie zrozumie.Mieszkanie odnowiliśmy, wysprzątaliśmy, on się zrzekł wszystkich prawa do niego za pieniądze, które ja pożyczyłam z banku i spłacam do dzisiaj jeszcze część kredytu. Teraz znowu jak coś mu nie wychodzi to biegnie do mamy, to jest chore, dobra nie będę o tym pisać, bo na samo przypomnienie mi się krew gotuje.

Postanowiłam nie zatrzymywać się u mamy (chciałam tylko mamę odwiedzić) miałam zamiar gdzieś indziej się zatrzymać, ale gdzie, myślałam o Magdzie ( byłej żonie brata), ale nie chciałam jej zawracać głowy, znajomi – wszyscy z dziećmi i małymi mieszkaniami, na pewno by mnie przyjęli, ale stwierdziłam, że nie będę im się ładować na głowę. Został hotel, śmiechu warte, za ile, gdzie, wszystkie jakby nie patrzył są drogie. Znajomi jak się dowiedzą to pomyślą, że Pani z Niemiec przyjechała i w hotelu mieszka zamiast pojechać do matki. Bolało mnie to i boli mnie to cholernie do dzisiaj, gdyby ojciec żył, nigdy by to tego nie doszło, tak myślę

Zaczęłam szukać tego nieszczęsnego hotelu, przypadkowo dosiedziałam się też, że ludzie wynajmują mieszkania na 2, 3 dni.Ceny takie, że ta podróż będzie mnie kosztować, ale jechać postanowiłam już wcześniej tylko data nie była jeszcze dokładnie znana. Miałam załatwić parę spraw w Polsce, chciałam iść na grób taty, załatwić zaświadczenie, że Ania była ochrzczona, potrzebne do Pierwszej Komunii Świętej tutaj i parę innych spraw. Do tego jeszcze miałam odebrać szczeniaka Yorka od koleżanki, a zarazem naszej sąsiadki z dołu Sylwii, Dziewczynki od dawna chciały mieć pieska, długo się do tego przygotowywaliśmy się, zastanawialiśmy się nad tym, ale jednak postanowiliśmy, że pieska weźmiemy.

W końcu doszliśmy do wniosku, że jak mam płacić za hotel takie pieniądze za jedynkę to lepiej jak pojedziemy wszyscy razem, czy to się bardziej opłacało, też nie, ale chociaż byliśmy wszyscy razem.

I pojechaliśmy …

 

images

Straszny sen

 

Nigdy jakoś nie umiałam opisać tego snu, ale często mi się on przypomina i mam go w pamięci tak samo jak wtedy, gdy się obudziłam. Było to w czasie, gdy mama była u nas, przyjechaliśmy razem wtedy do Niemiec, jednak po niecałych 2-tygodniach zaczęły się problemy. Ciągłe wydzwanianie mamy do Arka, on tylko ja cały czas wtedy stresował. Wiem, że było jej bardzo ciężko, nam także, chcieliśmy tylko pomóc, nie wymagaliśmy od mamy, żeby tu zamieszkała, chyba, że tego by chciała.

 

Było ciemno, cisza i nikogo poza mną, znalazłam się na cmentarzu, gdzie pochowaliśmy tatę. Nie bałam się, szłam w stronę grobu, zbliżając się z daleka zobaczyłam, że grób taty jest otwarty. Wtedy dopiero poczułam tak jakby trochę strach, ale nie do końca. Po prawej stronie, parę grobów dalej zobaczyłam cienie, nagle zrobiło się jeszcze bardziej ciemno, ale cienie ludzi, chyba ludzi były widoczne i szepty, szepty, cicha rozmowa. Miałam odczucie, że to złodzieje, lub, ktoś, coś, co czyha i czeka tam na mnie, a z drugiej strony szlam dalej. Byłam niby blisko grobu, ale ta droga wtedy była jakaś długa. Podeszłam już całkiem blisko, nagle już byłam przy grobie. Zobaczyłam tatę, nie leżał jednak tak jak go pochowaliśmy tylko na prawym boku, wystraszyłam się, nie wiedziałam, co i jak się stało, dlaczego trumna jest otwarta. Wtedy to zobaczyłam, tego cholernego raka, tak mi się przynajmniej wydawało, cały tył głowy taty był bardzo powiększony. Pochyliłam się i nagle nie widomo skąd pojawiła się przy mnie mama, tata nagle otworzył oczy i z niewyobrażalnym krzykiem złapał ja za ręce i ciągnął ja w swoją stronę, cały czas krzyczał, był to jeden bardzo długi krzyk. Złapałam wtedy mamę odruchowo żeby jej pomóc i obudziłam się.

 

Do dzisiaj ten sen pamiętam, jakby dopiero mi się śnił, nie umiałam, bałam się go napisać. Ale zbyt często mam tak dziwne sny, że już teraz przywykłam do tego bardziej. Zastanawiam się jednak, dlaczego sen był aż tak drastyczny. Zawsze po tych dziwnych snach coś się działo, wiedziałam, że coś się wydarzy. Tata tak jakby mnie przestrzegał przed czymś, kimś, chronił. Nawet mimo tak strasznego snu. Niedługo po tym śnie było coraz gorzej i Paweł musiał zawieść mamę do Polski, praktycznie mama ta decyzję podjęła tak niespodziewanie, nie patrząc na to, że trzeba iść do pracy, nie patrząc na wnuczki, na nic.

Rodzinne Święta

Jak szybko minął ten miesiąc, jak zawsze zresztą, już prawie połowa stycznia, a ja znowu mam zaległości w pisaniu.Cały czas obiecuję sobie, żeby pisać, chociaż raz w tygodniu i jakoś potem mi to nie wychodzi. Albo brak czasu lub niekiedy brak chęci, zmobilizowania się.

boze-narodzenie

Święta jak zawsze spędziliśmy razem, tutaj dopiero trzeci raz. Teraz tylko nasza czwórka, wcześniej, gdy tata jeszcze żył to spotykaliśmy się w 1 lub 2 Święto Bożego Narodzenia oczywiście w Polsce, niestety tata nie dożył już naszego wyjazdu, a cieszyłby się, zawsze to powtarzam.Teraz nawet nie ma możliwości spotkania się u mamy, jak na chwilę obecną i nie wiem czy jeszcze będzie, czy coś się zmieni w tej sytuacji na lepsze. Wigilię jednak przygotowaliśmy jak zawsze uroczyście, ale skromnie, nie przesadzaliśmy z potrawami, bo potem wszystko tylko zostaje, a dzieci jadłyby tylko pierogi prze całe święta. Podzieliliśmy się opłatkiem, zjedliśmy w spokoju i głównie w ciszy. Patrząc na pusty talerz myślami byłam przy tacie, ale wiem już teraz, że jest mu tam dobrze. Zaczynam się chyba pomału z tym godzić, chociaż łzy kręcą mi się w oczach jak pomyślę o nim, zawsze. Cieszę się jednak, że możemy być tutaj już razem, nie w rozłące jak na początku.

***

Wigilię spędziliśmy w spokojnej i rodzinnej atmosferze. W pierwszy dzień Świat pojechaliśmy 200 km, aż za Dortmund ( Gladbeck) nieduża miejscowość za Recklinghausen do Halinki mojej kuzynki, która wyjechała ponad 30 lat temu do Niemiec. Jeden z kuzynów był w Niemczech u jakieś swojej rodziny od strony żony i zajechał do niej w odwiedziny, wtedy Halinka dowiedziała się, że ja także mieszkam tu z rodziną. Przyjeżdżając do Niemiec, nie szukałam kontaktu, chociaż myślałam o tym, ale tyle lat nie dawała znaku życia, po śmierci swoich rodziców ( mojej cioci i wujka) w ogóle wszystko się urwało, a mieszkali tylko na innej dzielnicy.

***

W dzieciństwie było więcej jakoś tych spotkań rodzinnych, potem dorośliśmy i wszyscy się porozchodzili, porozjeżdżali. Myślałam, że oni nie chcą kontaktu, nie miałam ich telefonu, jak kiedyś zapytałam jedną ciotkę czy ma numer to oczywiście a po co, na co ci itp. Dałam sobie spokój, nie prosiłam się. Kiedyś właśnie tak było, było to parę lat temu, ale pomyślałam sobie, że prosić się nie będę. Takie głupie podejście, inna ciotka znowu nigdy nie pamiętała numeru telefonu, albo zapomniała go zapisać, ale sami cały czas mieli kontakt z Haliną, wiem, że celowo nie chciała dać tego numeru, więc po prostu dałam sobie spokój. Jest to trochę zagmatwane, ale zazdrość i złośliwość, to zauważyłam w naszej rodzinie, to tak z perspektywy lat. Kiedyś patrzyłam na to inaczej, miałam to gdzieś, teraz widzę to inaczej.Na przełomie lat wiele spraw zrozumiałam, niektóre rzeczy same się wyjaśniły, niektóre nie. Za dużo ich było, 11-oro rodzeństwa, za duża różnica wieku. Chociaż niekiedy rodziny wielodzietne potrafią trzymać się razem, nie wiem może inaczej jest w dzieciństwie, inaczej w dorosłym życiu. Na przykład pomiędzy moja mamą a jedna z najstarszych jej sióstr było aż 18 lat różnicy.

***

W każdym razie Halinkę  ostatni raz widziałam  chyba 25 czy 26 lat temu, byłam wtedy nastolatką i nie interesowały mnie spotkania rodzinne. Oni zresztą także bardzo rzadko pojawiali się w Polsce. Miedzy mną a Halinką jest 13 lat różnicy, więc jakoś nie było możliwości spotkań, z dzieciństwa pamiętam jak mi pomagała w matematyce jeszcze przed wyjazdem do Niemiec, potem byli parę razy w Polsce i kontakt się praktycznie urwał, chociaż odrobinę mogła go utrzymać, bo jest chrzestną Arka. Do tego było jeszcze parę drobnych nieporozumień rodzinnych, pamiętam związanych z wyjazdem taty do Kanady, miał obiecywane chyba ze cztery razy, chciał jechać do siostry mojej mamy, siedzą już tam od stanu wojennego, też zagmatwana historia. Tak to się wszystko potoczyło, pojechały różne ciotki, ale tylko posiedzieć po miesiącu, troszkę w tym pomogła rodzina, ale teraz już nie ma, po co do tego wracać.

***

Wracając do Halinki, gdy ja się urodziłam to ona była nastolatką, gdy potem ja byłam nastolatką to ona już była dorosłą kobietą i wyjechała z Polski. Do tego 25 lat poszło, nawet nie wiadomo, kiedy. Teraz ona jest po 50, tak życie się ułożyło, że i ja z rodziną trafiłam w końcu tutaj. Halinka dostała mój numer z Niemiec o kuzyna, który zajechał w odwiedziny, jak wracałam po pracy do domu to widziałam, że ktoś dzwonił, ale nigdy nie mogłam oddzwonić, bo numer był zastrzeżony.  Pewnego dnia jednak zadzwoniła z pracy i wtedy w końcu był numer, na który udało mi się oddzwonić. Okazało się, że to Halinka, rozmawiałyśmy tak parę razy i postanowiłyśmy spotkać się w święta. Pojechaliśmy do nich, jak dla mnie nic się nie zmieniła, tylko trochę starsza;) W każdym razie Józka to totalnie nie poznałam, posiwiał jak gołąbek, a ja cały czas miałam w głowie zakodowane, że zobaczę tego Józka z czarnymi włosami.Trochę pobłądziliśmy pomiędzy domkami, zobaczyłam z jednego domu siwego faceta wyglądającego z domu;) potem okazało się, że to właśnie maż mojej kuzynki. Spędziliśmy bardzo miło Pierwszy Dzień Świąt, było dużo wspominania, ale to za krótko żeby wszystko opowiedzieć.Teraz oni mają przyjechać do nas, może na 40 urodziny Pawła.

***

Świeta ,swieta i po swietach .                                                                                   Sylwester spedzilismy razem 2+2 , czyli ja , męzem i z dzieci w domu . Czyli standartowo miło i wesoło ,  dziewczyny jak zawsze wytańczone , rozbawione poszły spac chyba po pierwszej albo jeszce póżniej . W każdym razie jeszce poczekamy pare lat na jakieś wyjscie ze znajomymi ,jesli w ogole znajdziemy tutaj serdecznych i szczerych znajomych.

***

Bardzo ważny dzien 1 stycznia 2016 – Anusia skonczyła 8 lat , dzień spedziliśmy bardzo milo , tego dnia przyszła tylko jedna koleżanka . Koleżanki z klasy były zaproszone na 4 stycznia . Okazało się jednak że urodziny Ani trwają 3 dni , pierwszego dnia była tylko 1 koleżanka z klasy , drugiego dnia przyszły  od znajomej dzieci , jedna chodziła z Wikusia do klasy , Helin została na noc i dopiero pojechała do domu 3 stycznia , a 4 stycznia przybyła cała zgraja małych wrzeszczących dzieci . Teraz wiem ,że takie urodziny lepiej zrobić wszędzie tylko nie w domu . Całe mieszkanie huczało od biegania i wrzasków ,ale co tam raz w roku są urodziny.Ania była przeszczęśliwa a to było dla mnie najważniejsze :)

1362998709Happy 8th Birthday

 

 

Mikołajowa wpadka

 

 mikolaj

Nie wiem, co mi się stało, jakieś zaćmienie chyba dostałam. Nie mogę sobie tego inaczej wytłumaczyć. W kościele miał być Mikołaj, tylko, że jakoś tak sobie pomyślałam, że dzieci dostana coś właśnie w kościele, może jakieś jednakowe paczuszkę, chociaż czekoladę z Mikołajem tak symbolicznie. Więc prezenty znalazły w domu jak wstały, Wiktoria już nie wierzy w Mikołaja, ale Anulka jeszcze tak. Wika wie jak wygląda sprawa z Mikołajem i nie ma problemu, natomiast Ania z takim wyczekiwaniem czekała na niedzielę. Pojechałyśmy razem z koleżanką Ani i jej mamą, znamy się, lubimy, pomyślałam żeby się z nami zabrały do Mikołaja. Dopiero w kościele pod koniec mszy się kapnęłam, że powinnam była wziąć prezenty do kościoła, żeby Mikołaj mógł je podarować. Ania nie chciała odejść od ołtarza dopóki Mikołaj nie rozdał wszystkich prezentów, tłumaczyłam jej, że dostała wcześniej od Mikołaja, ale jak to dziecko wierzyła, że dostanie coś jeszcze osobiście od Mikołaja. Jaka ona była szczęśliwa, czekała, kiedy Mikołaj wywoła jej nazwisko, a tu nic. Byłam wściekła na siebie, że tak bezmyślnie się pośpieszyłam z tym prezentem od Mikołaja, czemu nie zabrałam go tutaj. Nic już nie mogłam zrobić, do domu za daleko, nie było szans żeby cos wykombinować.Bałam się, co będzie na końcu, prezenty się kończyły, Vanessa, koleżanka Anulki też się cieszyła. Obie z Olgą patrzyłyśmy tylko na siebie jak wariatki, było jeszcze tylko parę osób chyba w podobnej sytuacji, reszta miała prezenty. Z boku ołtarza zobaczyłyśmy jeszcze inne paczki, wszystkie podobne reklamówki, więc pomyślałam, może ksiądz taki dobrotliwy ma jakąś rezerwę w razie takich przypadków gapiostwa rodziców. Ania cały czas patrzyła na mnie pytającymi oczkami, oczywiście dostała przecież prezent w domu, ale jak ona się musiała czuć, stojąc tam i czekając na wywołanie swojego nazwiska.Zbliżał się już koniec, więc ponownie zaczęłam jej tłumaczyć, że prezent Mikołaj przyniósł do domu i teraz już nie ma prezentów, bo tu przyszły dzieci, które wcześniej nic nie dostały. Jest na tyle duża, że ze zrozumieniem pokiwałam głową, no, ale mimo wszystko żal i rozczarowanie jest. Nadszedł czas na te nieszczęsne reklamówki, okazało się, że były dla ministrantów. Wikusia też ratowała sytuację i zaproponowała Ani żeby podeszła do Mikołaja i powiedziała, że nie dostała prezentu, Ania wstydziła się bardzo, ale podeszła. Mikołaj się zdziwił, spojrzał na mnie, kiwnęłam mu głową, że dostała w domu. Jeszcze głupio pomyślałam, że może któryś z tych ministrantów, bo było paru dorosłych chłopów.Może się domyślą, że może ktoś zrezygnuje cicho i dadzą jej jakąś małą paczuszkę, dla Vaneski też oczywiście, żeby dzieci nie były tak rozczarowane, ale gdzie tam, nikt nie wpadł na ten pomyśl. Ja postąpiłabym inaczej widząc taką sytuację, nie chodzi o tą czekoladę przecież, tylko o to jak to wszystko wytłumaczyć dziecku. Zakręcili się coś tam i Mikołaj dał im po małym Prince Polo na pocieszenie, do tego jeszcze dodatkowa pamiątka, to zdjęcie z Mikołajem. Zasmuciła się bardzo Anusia, ale twarda była i nie rozpłakała się. Wytłumaczyłam jej jeszcze raz sytuację, po czym ona powiedziała, że nie szkodzi, bo to był jednak przebieraniec, czyli ksiądz, który uczy ja religii, a prawdziwy Mikołaj był u niej w domu. Ale co się naprzeżywałam to moje. Ale tego jak czekała na wywołanie swojego nazwiska to nigdy nie zapomnę.

Kochana ta moja Anusia :-)