Rozterki

Zawaliłam na całej linii , jestem sama na siebie wkurzona ,że nie dopilnowałam mamy w związku z tą sprawą spadkową po dziadkach . Mam nadzieję ,że będzie to można jeszcze odkręcić . Jak do tego doszło , moim zdaniem została po prostu zmanipulowana . Własne rodzeństwo ją oszukało , ja tak myślę . Chciałam zadzwonić do cioci i wujka  w tej sprawie aby dowiedzieć się czemu na to pozwolili. Mama wcześniej prosiła żebym jeszcze  nie dzwoniła , bo wujek chorował . Niestety już go nie zapytam bo wczoraj zmarł. To przykre niestety . Wiem ,że ciocia maczała w tym całym kombinowaniu spadkowym . Może da radę jeszcze wznowić postępowanie , ale adwokat już mi powiedział ,że to będzie sporo kosztować . Poczekam jeszcze na jego końcowe wyliczenia w tej sprawie .

Jak rozmawiać?

Pod koniec marca, przed urodzinami Wikusi jak zawsze zadzwoniłam do mamy, wtedy przeszła samą siebie, znowu wyskoczyła mi z pretensjami, że to niby moja wina, że ona nie ma pieniędzy itd. mam już dosyć słuchania tego, ciągłych oskarżeń itd. Postanowiłam wtedy, że naprawdę nie będę dzwonić chyba, że tylko po to, aby mogła mi podać stany prądu i gazu, bo ja wszystko rozliczam.

Na urodziny Wikusi puściła sygnał i Wiktoria oddzwaniała potem sama do babci.Mama nie pytała o mnie.Takie są rozmowy z moją mamą. Nawet jak bym się starała, i robiła wszystko tak jak powinno być to będzie źle i zawsze będzie niezadowolona. Ale gdy tylko na horyzoncie pojawi się mój brat, to nawet by do ognia za nim wskoczyła. A on wraca zawsze jak Syn Marnotrawny, a ona go ratuje i wspomaga a potem mówi, że nie ma na życie, ale mówi to tak jakbym to ja jej cos zabierała.

Ona nigdy się nie zmieni, obydwoje z bratem zawsze im mało i mało.Przykre to dla mnie, ale już nawet z tym nie walczę, teraz rozmawiamy znowu niby normalnie przez telefon, ale to nie jest to. Bardziej to takie klepanie o pierdołach niż fajna, czuła, przyjacielska rozmowa.To się nie zmieni póki Arek będzie robił to, co robi, czyli głównie nic. Nawet jakby człowiek stawał na uszach to raczej się go nie zmieni, już jest za późno.

Aż 3 lata bez Ciebie Tato !

umrzeć za wcześnie ostatnie pożegnanie

 

Trzy lata minęły Tato bez Ciebie , zbyt szybko płynie ten czas. Pamiętam codziennie o Tobie w modlitwie ,chociaż zastanawiam się często czy tam gdzie jesteś jest coś co nas wszystkich czeka czy po prostu tylko wierzymy ,że coś tam jest. Akurat w Święta Wielkanocne znowu naszły mnie takie przemyślenia o życiu ,egzystencji i co dalej .

***

Dopiero trzy lata temu mieliśmy komunie Wikusi,dwa miesiące po twoim odejściu,było nam wszystkim przykro i smutno bez Ciebie ,ale pamiętaliśmy tez o tym żeby ukryć nasz żal w sercach na ten czas .Bardzo nam brakowało Twojej obecności. Dlaczego to wspominam bo teraz znowu będziemy mieli komunie , naszej małej Ani w maju , wszystko już mamy przygotowane , tylko gości nie ma , za daleko teraz mieszkamy , może uda się Magdzie z Julką przyjechać. Znowu w tak ważny dzień nie będzie Cię z nami . Tak czekałeś na komunię Wikusi.

***

Dzisiaj wspominałyśmy Ciebie Tato , ja i dziewczynki, Ania chciałaby zostać lekarzem , Wikusia programistka gier :)nie można jej niekiedy oderwać od komputera .

nieśmiertelność

Wyjazd cd…

autostradaa4RalfLotys.jpg_678-443

 

Tak naprawdę to nie mieliśmy planu jeszcze gdzie dokładnie będziemy nocować, miałam tylko zarezerwowany jakieś hotelik gdybym faktycznie nic innego nie znalazła, miałam  możliwość i czas na odwołanie rezerwacji w razie gdybym znalazła cos lepszego. Zastanawiałam się, co zastanę jak pojadę do mamy, czego mogę się jeszcze spodziewać, żałuje teraz tej decyzji, którą podjęliśmy w sprawie tej darowizny, gdybym wtedy to zostawiła, to teraz sytuacja wyglądałaby być może inaczej. Podróż jak na złość bardzo się wydłużyła, był wypadek na autostradzie i musieliśmy jechać jakimś objazdem. W miedzy czasie, gdy Paweł jechał ja szukałam dalej innego lokum do spania. Znalazłam, myślałam, że będzie super zajazd niedaleko mieszkania Magdy,  mieliśmy się także  spotkać, jeszcze do tego, GPS zwariował i prowadził nas po jakiś lasach, wyjechaliśmy gdzieś za Mikołowem, ale dojechaliśmy.Pierwsze wrażenie super, jednak potem okazało się, że to jakaś kpina. Zdjęcia na stronie piękne, ale tylko połowa zajazdu tak wyglądała, bo była po remoncie, druga połowa niestety nie. Było tak późno, że nie miałam siły tego zmieniać, nawet wtedy nie poszłam do recepcji a powinnam była. Najlepsze było wejście do pokoju od razu pod prysznic :) Żenada, zajazd niby z taką renomą , dobrą opinią, ale chyba tylko za tą lepsza połowę hotelu. Rano nie wytrzymałam jak musiałam słuchać rozmów pracowników za ścianą ,praktycznie jakby byli u mnie w pokoju, ścian chyba była z dykty!

***

Chcieliśmy nocować w tym hotelu 3 doby, od czwartku do niedzieli. Zamówiliśmy pokój 4 osobowy, byliśmy z dwójką dzieci ( miał to być pokój przyjazny dla rodzin z dziećmi) !.Jak dla mnie to jakiś żart, zdjęcia przedstawiały pokój który faktycznie  był  podobny, jednak zdjęcia nie pokazują mankamentów w pokoju. Łóżka inne niż na zdjęciu, były zwykle tapczany a na nich jakieś dziwne materace. Nie poinformowano w ofercie, że łazienka ( prysznic + toaleta nie są w jednym pomieszczeniu). Do pokoju weszliśmy praktycznie  od razu pod prysznic – dosłownie!, gdyż wystarczyło zrobić porządny krok żeby tam się znaleźć. Był to mały korytarzyk, przedpokój przerobiony byle jak na łazienkę, prowizorka. Z boku toaleta, tak ciasna, że będąc w toalecie to trzeba było praktycznie trzymać nogi na tym minimalnym korytarzu.  Prysznic, minimalny, ciasny, stara armatura, woda źle spływała, nawet dzieci po podróży nie mogliśmy wykąpać ! Okazało się, że był to pokój pomiędzy dwoma pokojami służbowymi ( był to także kiedyś pokój służbowy, ale dla 2 osób, o tym jednak dowiedziałam się rano od pań sprzątających pokoje) przez ścianę słychać było rozmowy pracowników, wiec oni na pewno także słyszeli także nas..Z ledwością przespałam noc, wszystko było słychać z korytarza. Z samego rana poszłam do recepcji i zrezygnowaliśmy z tego hotelu, nie tak powinie wyglądać pokój dla rodziny z dziećmi, 170 zł kosztował  ten  okropny pokój. Jedyny duży plus to panie pokojówki, reszta to kpina, no, ale przeżyliśmy.

***

Dowiedziałam się, że jest taka strona Booking gdzie znajduje się szybko i sprawnie tani nocleg.Udało się i to było najlepsze gdzie. Praktycznie jest on w parku Chorzowskim przy Stadionie Śląskim. Ironia losu, dlaczego, dlatego bo ten park jest pełen wspomnień dla nas, bo ja się tam wychowałam i park znam jak swoją kieszeń .Po  drugiej jego stronie jest właśnie nasza dzielnica gdzie mieszkaliśmy, gdzie jest jeszcze nasze mieszkanie i tam mieliśmy jechać do znajomych, do kościoła i do taty. Byłam praktycznie w domu i nie w domu, patrzyłam z okna hotelu na park i wiedziałam, że tam za drzewami jest mój dom. Dziwne uczucie, było mi przykro, powinniśmy być u mamy.

***

Dziewczynki jak tylko im wspomniałam o tym, że pojedziemy do babci w odwiedziny, to nawet tego nie chciały słuchać, pojechaliśmy do mamy  dopiero na drugi dzień ,w sobotę. Pawłowi udało się je  w końcu namówić . Ja musiałam się prosić, praktycznie  pół dnia żeby ze mną pojechały, moja mama tak doprowadziła do sytuacji, ze wnuczki nie chcą do niej jeździć.Pawłowi jakoś udał Pomimo tego, co było kiedyś i jak wyszło te nasze mieszkanie razem nie nastawiałam dzieci przeciwko babci. Mimo tego dziewczynki dużo same zaobserwowały i po prostu najzwyczajniej w świecie nie chciały jechać. W końcu udało się jednak je namówić, wytłumaczyłam im, że nie można tak się zachowywać, przejechaliśmy prawie 1000 km, jak ja bym mogła matki nie odwiedzić albo pojechać tam sama bez dzieci.Naprawdę nikomu nie życzę takiej sytuacji.

 

Straszny sen

 

Nigdy jakoś nie umiałam opisać tego snu, ale często mi się on przypomina i mam go w pamięci tak samo jak wtedy, gdy się obudziłam. Było to w czasie, gdy mama była u nas, przyjechaliśmy razem wtedy do Niemiec, jednak po niecałych 2-tygodniach zaczęły się problemy. Ciągłe wydzwanianie mamy do Arka, on tylko ja cały czas wtedy stresował. Wiem, że było jej bardzo ciężko, nam także, chcieliśmy tylko pomóc, nie wymagaliśmy od mamy, żeby tu zamieszkała, chyba, że tego by chciała.

 

Było ciemno, cisza i nikogo poza mną, znalazłam się na cmentarzu, gdzie pochowaliśmy tatę. Nie bałam się, szłam w stronę grobu, zbliżając się z daleka zobaczyłam, że grób taty jest otwarty. Wtedy dopiero poczułam tak jakby trochę strach, ale nie do końca. Po prawej stronie, parę grobów dalej zobaczyłam cienie, nagle zrobiło się jeszcze bardziej ciemno, ale cienie ludzi, chyba ludzi były widoczne i szepty, szepty, cicha rozmowa. Miałam odczucie, że to złodzieje, lub, ktoś, coś, co czyha i czeka tam na mnie, a z drugiej strony szlam dalej. Byłam niby blisko grobu, ale ta droga wtedy była jakaś długa. Podeszłam już całkiem blisko, nagle już byłam przy grobie. Zobaczyłam tatę, nie leżał jednak tak jak go pochowaliśmy tylko na prawym boku, wystraszyłam się, nie wiedziałam, co i jak się stało, dlaczego trumna jest otwarta. Wtedy to zobaczyłam, tego cholernego raka, tak mi się przynajmniej wydawało, cały tył głowy taty był bardzo powiększony. Pochyliłam się i nagle nie widomo skąd pojawiła się przy mnie mama, tata nagle otworzył oczy i z niewyobrażalnym krzykiem złapał ja za ręce i ciągnął ja w swoją stronę, cały czas krzyczał, był to jeden bardzo długi krzyk. Złapałam wtedy mamę odruchowo żeby jej pomóc i obudziłam się.

 

Do dzisiaj ten sen pamiętam, jakby dopiero mi się śnił, nie umiałam, bałam się go napisać. Ale zbyt często mam tak dziwne sny, że już teraz przywykłam do tego bardziej. Zastanawiam się jednak, dlaczego sen był aż tak drastyczny. Zawsze po tych dziwnych snach coś się działo, wiedziałam, że coś się wydarzy. Tata tak jakby mnie przestrzegał przed czymś, kimś, chronił. Nawet mimo tak strasznego snu. Niedługo po tym śnie było coraz gorzej i Paweł musiał zawieść mamę do Polski, praktycznie mama ta decyzję podjęła tak niespodziewanie, nie patrząc na to, że trzeba iść do pracy, nie patrząc na wnuczki, na nic.

Kolejny rok bez Ciebie Tato

image_2096 Wszystkich Świętych

Już trzeci rok  Tato jak nie ma  Cię  z Nami

2 lata 8 miesięcy bez Ciebie

***

Pustka ogromna w moim sercu pozostała

Jestem przy Tobie pamięcią

chociaż codziennie myślę o Tobie , to Dzień ten jest szczególny

Jeszcze tego nie zrozumiałam , nie pogodziłam się z Twoim odejściem .

Pustka w mojej głowie , nie potrafię ogarnąć braku

Ciebie

Brakuje mi najprostszych  rzeczy , spraw , gestów , rozmowy

Nawet niekiedy Twojego niezadowolenia gdy źle coś zrobiłam

Brakuje

mi tego że nie mogę Ci  opowiedzieć o wielu sprawach

Chociaż opowiadam Ci o tym w myślach

o postępach dzieci w szkole ,ich radościach i smutkach , ich osiągnięciach

o naszym życiu tutaj ,życiu po prostu

Brakuje mi prostych , zwykłych chwil , które tak szybko uciekają nam w życiu

utraconych chwil , niewykorzystanych chwil , nieuszanowanych chwil

Brakuje mi CiebieTato

niekiedy uśmiechniętego, niekiedy złego

Ciebie w ogrodzie , w domu

zmęczonego po pracy, małomównego niekiedy

Zamyślonego ,zafrasowanego , zasmuconego

***

Przepraszam za mój brak czasu

Teraz już za późno , już tego nie nadrobimy

Pozostało mi mówienie do Ciebie i patrzenie na zdjecie

Myślę o Tobie , tęsknie

Tyle miałbyś tu do zobaczenia , zrobienia , cieszenia się

Mówię do Ciebie Tato

Czy mnie słyszysz

Jutro znowu ten dzień

Jestem przy Tobie , Pamiętam

350513270

Pogrzeb babci F…

Wczoraj byłam na pogrzebie babci, która się kiedyś opiekowałam jeszcze przed podjęciem pracy w tej firmie, w której teraz pracuje. Babcia trafiła do domu opieki, a ja wtedy do niej jeździłam, potem już, gdy podjęłam tam prace to często miałyśmy kontakt. Cieszyła się zawsze jak jej opowiadałam o wszystkim, co udało mi się zrobić i że wszystko toczy się tak jak powinno. Babci jednak coraz bardziej się pogarszało, choroba Parkinsona  coraz bardziej jej dokuczała, często trafiała do kliniki, jeździłam wtedy do niej, po cichu przed firmą, oni nie pozwalają na kontakt z pacjentami, ale ja znałam ją jeszcze zanim trafiłam do tej firmy wiec jeździłam do niej, kiedy miałam czas. Pod koniec maja pogorszyło się jej bardzo, była znowu w klinice, Gdy do niej pojechałam to naprawdę, tak źle jeszcze nie było , taka zmiana  w ciągu paru dni.Leżała tylko, nie ruszała się, na twarzy była tak zmieniona, że aż sprawdziłam czy weszłam do dobrej sali. Ale to była ona, bardzo źle było z nią. Patrzyła na mnie, nie mogła mówić, wszystko stanęło mi znowu przed oczami, tak jak z tatą, coraz gorzej Pomyślałam o tacie, on nie był sam, byliśmy przy nim cały czas, a babcia była teraz sama. Wzięłam ją wtedy za rękę i mówiłam do niej cicho, prosiłam ja żeby ścisnęła rękę, jeśli mnie rozumie, nie zrobiła tego, nie miała już siły.Zapytałam ją czy dobrze, że do nie przyszłam, wtedy cicho wyszeptała, że dobrze, jedno ciche słowo, ostatnie jej słowo do mnie. Nie wiem czy jeszcze potem coś do kogoś powiedziała.Byłam u niej jeszcze na drugi dzień, było jeszcze gorzej, Barbara zadzwoniła do mnie, że będą przewozić babcie do domu opieki powrotem, żeby nie była sama, w klinice powiedzieli, że już nic więcej nie dadzą rady zrobić.Już jej więcej nie zobaczyłam. Zmarła 31 maja rano, wczoraj dopiero została pochowana.Rodzina chciała, żeby była pochowana w urnie, dlatego trzeba było czekać dłużej. Pierwszy raz byłam na takim pogrzebie, nie podobało mi się, jakiś taki ten pogrzeb był inny, mało uroczysty, w kaplicy ksiądz ewangelicki najpierw wspominał o babci, potem modlitwa i pochowanie. Miałam ze sobą kwiaty, bukiecik taki średni, nie wiedziałam, że kwiaty będą wrzucać do grobu z urną, dziwiło mnie, że wiele osób było bez kwiatów. Potem się to jednak wyjaśniło, każdy podchodził do grobu, przy którym stał kosz z płatkami kwiatów i wrzucał na urnę garstkę kwiatów lub dodatkowo łopatką trochę ziemi z wiaderka, lub wrzucali swoje pojedyncze kwiaty do grobu z urną. Położyłam swoje przy grobie, mam nadzieje, że później je tam ładnie położą.I tyle, koniec pogrzebu, goście się porozchodzili, Barbara chciała żeby jechała z nimi na obiad do restauracji, ale przeprosiłam ją, że lepiej będzie jak spędzi ten czas tylko z rodziną, my jeszcze będziemy miały czas na spotkania ze sobą.

 

zapalony_znicz

Do domu ….

 

 

 

Tak się cieszyłam na wyjazd do domu, udało mi się załatwić urlop, od razy po pracy miałam jechać na dworzec, niepotrzebnie się tak spieszyłam, okazało się, że autobus się spóźni. Podobno dzwonili, żeby informować o spóźnieniu, nie wiem, do kogo, bo ja takiego telefonu nie miałam, wiadomo coś trzeba powiedzieć. W końcu byłam w autobusie, po ponad 10 godzinach pracy, padłam po prostu i spałam większość czasu i bardzo dobrze, chociaż szybko przeleciała mi ta podróż.

Przyjechał po mnie Pawełek, tak bardzo się cieszyłam, w końcu w domu, w końcu byliśmy znowu razem, dziewczynki były w domu, tuliłam je do siebie, Anulka  całkowicie się przykleiła  do mnie. Brakuje mi ich bardzo, teraz też, ciągle sama i sama. Praca, dom, dom, praca i tak w kółko.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te same problemy, co zawsze, czyli z Arkiem.Miałam odpoczywać, spędzać czas z rodzina, z mężem i dziewczynkami. Tak było tylko dwa dni, praktycznie jak w sobotę przyjechałam rano, to Pawełek musiał iść do pracy na popołudniówkę niestety, ja przed jego wyjściem jeszcze byłam tak zmęczona, że po prostu padłam i spałam. Poszłam do taty na grób,  byłam bardzo krótko, bo już się ściemniało. Czekałam na ten moment, chciałam tacie tyle powiedzieć, brakuje mi go cały czas, bardzo mi go brakuje.Niedziela minęła nam spokojnie i rodzinnie, dziewczynki nie mogły się nacieszyć, ja tak samo.W poniedziałek jednak zaczęły się problemy. Nie mam pojęcia jak powinnam postępować, żeby było dobrze, żeby nie było tych ciągłych problemów. Po południu, gdy Pawełek poszedł do pracy, byłam prawie w łazience, gdy zadzwonił domofon, okazało się, że przyszedł Arek, miał przecież nie przychodzić, ale mama go wpuściła. Mam dosyć już tej sprawy, dlaczego on nie chce nic zmienić, dlaczego nie poda Pawłowi ręki, czemu nie chce rozmawiać, przecież byśmy mu pomogli, gdybym tylko wiedziała, że to coś da, że on naprawdę chce zmiany, ale nie na tydzień, nie na miesiąc. Do tego wszystkiego przyszedł z Sylwią swoja dziewczyną, byłam wtedy w łazience i mama otworzyła drzwi. Stali w przedpokoju, Arek zaczął, że chce pogadać, oczywiście na jeden temat, już wiedziałam, chodziło znowu o pieniądze, naprawdę nie miałam zamiaru go oszukiwać, jak będzie ok. to dam mu kiedyś te pieniądze, tak myślałam i myślę pomimo tego wszystkiego, co mi, nam zrobił. Rozmowa zaczęła się spokojnie, starałam się być normalna, nawet nie byłam specjalnie zdenerwowana, ale Sylwia musiała się wtrącać. Właśnie jej chodzi najbardziej o te pieniądze, myślała ze znowu przyjdzie jak kiedyś przychodzili, weźmie dwa tysiące i pójdą w sina dal. Potem nawet Arek do mamy się przez dwa tygodnie nie odzywa, bo, po co, przecież maja pieniądze. Miałam już tego dosyć, zwróciłam jej uwagę, że pieniądze jej się nie należą, czego ta dziewczyna chce, po prostu bezczelność, jakim prawem się dopomina o coś, co jej się nie należy. W każdym razie doszło do słownej wymiany zdań, wypominania, Arek przedstawiał swoje argumenty, tamta się wtrącała, mama stała w drzwiach swojego pokoju. Szkoda mi jej, że musi słuchać takich rozmów, nie powinno tak być, sama jest pośrodku tego wszystkiego.Ona dobrze wie, że ja chce dobrze, ale wiadomo, że chce też jak najlepiej dla Arka, ale ile można holować na swoich plecach chłopa 37- letniego przez życie. Chyba już starczy tego wszystkiego. Wracając do tematu doszło do tego, że Sylwia cały czas się wtrącała, po czy stwierdziła, że ja, ŻE JA się znęcam nad mama i nad dziećmi psychicznie i fizycznie, że okradam mamę. Ja mamę, ja, która cały czas się nią opiekuje, teraz jak wyjeżdżam to opiekuje się nią Pawełek, zięć, który dba o nią lepiej niż jej własny syn. Smarkula, która nie ma pojęcia o życiu, tylko dzieci rodzi, a matka jej je wychowuje i ona ma czelność do mnie tak się zwracać, nie wytrzymałam, stali przy drzwiach, ale udało mi się dosięgnąć klamki, chciałam otworzyć drzwi, ale przyblokowała mi je ciałem, kazałam im się wynosić z mojego domu, na co oni w ogóle się oburzyli i nie mieli takiego zamiaru, ona zaczęła mi wymachiwać rekami. U mnie w domu , przychodzi do mnie, ma jakieś wymagania, do tego mnie odpycha, szarpie i nie ma zamiaru wyjść z domu. Dobre sobie. Koniec końców, jestem po prostu na to wciekła na swoje zachowanie, że do tego doszło, w każdym razie poszarpałyśmy się trochę, nie chciałam, żeby taka sytuacja miała miejsce. Jak ja mogłam dać się tak sprowokować, ta dziewczyna lubi takie życie, to jakaś rodzinka z marginesu, nie mam po prostu słów już do tego wszystkiego. Jak można tak postępować, mam już tego wszystkiego dosyć. Udało mi się w końcu ich pozbyć z domu, jeszcze na klatce były przepychanki. Arek powiedział, że ja tego pożałuję, a ona stwierdziła, że zadzwoni na policje na mnie. Oni naprawdę wymagają leczenia już chyba oboje, na mnie dzwonić na policje, przecież to ja zostałam zaatakowana w swoim własnym domu, obrażana i wyzywana jak zawsze.

Jest mi tak przykro, najbardziej z powodu dzieci, nie wiedziałam, że Wikusia stała w drzwiach pokoju, nie wiem, nawet już nie mogę sobie przypomnieć czy Anulka tez stała tam w drzwiach, raczej tak, bo zawsze są ciekawe. Poprosiłam, je żeby zamknęły albo przymknęły pokój, działo się to wszystko tak szybko. W każdym razie wtedy, gdy mówiłam to do dziewczynek to oni byli jeszcze wtedy w domu, jakoś się obróciłam i zobaczyłam Wikusię. Potem już po wszystkim, poszłam szybko do pokoju dziewczynek, żeby im wytłumaczyć całą sytuację i przeprosić je za to, że były świadkami takiej sytuacji. Nie powinny widzieć czegoś takiego, jestem po prostu wściekła na sama siebie, że tak mnie j doprowadzili do tego, że dałam się sprowokować. Wikusia i Anulka siedziały na łóżku, Wikusia była odwrócona do okna i nie wiedziałam, co robi, nic nie mówiła, gdy tylko się odezwałam, żeby je przeprosić to Wikusia wybuchnęła płaczem i powiedziała: – Mamo on cie kiedyś zabije. Przeraziłam się tym, co Wikusia powiedziała, chodzi mi o to, że tak mała 10- letnia dziewczynka to widzi i, że się tego wszystkiego boi, że boi się wujka, a tak nie powinno być. Ania zaczęła razem z nią płakać, nie mogłam ich uspokoić, przytulałam je i mówiłam, że nic takiego się nie stanie, że oni już poszli, że wszystko będzie dobrze, że mamusia jest z nimi. Przepraszałam je za to, że doszło u nas w domu do takiej sytuacji, że tak nie powinno być, że ja, jako mama też się źle zachowałam, próbowałam im to wtedy wszystko wytłumaczyć. Nie wiem czy potrafiłam, ale troszkę mi się to udało, poszłam do kuchni, podchodzę do okna i co widzę, przyjechała policja, stanęli pod druga klatką, więc pomyślałam, że może nie do mnie.

A jednak do mnie, nie mam słów, to ja powinnam była zadzwonić na policje, ale musiałam uspokoić dzieci, to było dla mnie najważniejsze.  Policjanci zadzwonili do drzwi, stał tam też Arek i ona. Coś tam zaczęli gadać, nie pamiętam co. Żałuje teraz, że po pierwsze  nie wylegitymowałam policjantów , po drugie, że może mogłam powiedzieć im, że ich po prostu nie wpuszczę, bo, z jakiej niby racji.Nie wiem, nie znam się na tym, może nie powinnam ich wpuszczać, ale z drugiej strony nie miałam nic do ukrycia. Jeszcze do tego tłumaczyć się przed smarkaczami, nie mam słów. Byłam tak otumaniona tym wszystkim, nawet nie byłam zła na ich przyjazd, myślałam, że im wytłumaczę wszystko i poproszę o pomoc w takiej sytuacji. Myślałam bardziej o dziewczynkach w drugim pokoju i o mamie, która tez to przeżywała. Panowie policjanci oznajmili natomiast, że to ja jestem tak jakby winna , bo tamta Pani, czyli konkubina brata na mnie składa skargę i oni muszą spisać notatkę. Naprawdę nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać, do dzisiaj nie wiem. Wiec panom opowiedziałam o całym zajściu u mnie w domu, powiedzieli jeszcze, że konkubina brata jedzie na jakąś obdukcje, bo ma niby jakieś zadrapania. Ja na to, że zadrapania może i ma, bo z moim bratem często się biją miedzy sobą i ona ciągle na niego tez wzywa policję, albo ja kot podrapał, bo ma kota w domu, lub w pracy mogło się to stać lub przy dzieciach. Oni się pomiędzy sobą tłuką w domu a ja mam odpowiadać za jakieś niby zadrapania.A ja??? Wtedy zapomniałam, ale teraz wiem, że powinni mnie też zapytać jak ja się czuje, przecież widzieli normalną kobietę, nic nie ukrywałam, samą w domu z chora mamą i z dziećmi.  Nikt mnie o nic nie zapytał, po prostu czułam się jak najgorszy kryminalista, a ja tylko się broniłam w swoim własnym domu.

Nadzieja umarła

 

Czas płynie, ale rany się nie goją, minęło 6 miesięcy od śmierci taty, nie potrafię się pogodzić z jego odejściem, jakoś wszystko kiedyś było łatwiej. Może, dlatego, że to tata zajmował się mamą, tyle spraw ukrywał przede mną, dopiero teraz wiem, że on był samotny w tym wszystkim, sam sobie radził z choroba mamy, nie mówiąc jak sytuacja jest poważna i doprowadziło go to do choroby, wszystko ma swoje znaczenie w życiu, a stres to największy wróg człowieka.

Tata leżał i cierpiał w ciszy, nie wiedziałam jak mu pomóc, codziennie to samo tabletki, tabletki, przekręcanie taty na lewo, na prawo, na wznak, pielęgnacja, karmienie i w kółko to samo, nic nie pomagało, nie było poprawy!!!

Zwiększałam tabletki, brał już rano 6, a potem 5 w porze obiadowej i to mu dużo pomagało, doszły do tego inne leki, jak Tramal, Ketonal, pomagało wszystko na chwile, wiem, że bolała tatę głowa, ale cierpiał cichutko, niekiedy pojękiwał, wzdychał, lepiej, że spał tyle, wiedziałam, że jak umrze we śnie to może nie będzie chociaż czuł bólu.

Patrzę na jego zdjęcie i nie wierze, że już go nie ma, za wcześnie!!!

Tego dnia nie zapomnę nigdy …..

5 marzec 2012

 

Dzień zaczął się jak zawsze, nic nie zapowiadało najgorszego, wszyscy wiedzieliśmy, że to niby nieuniknione, ale ja cały czas i tak upierałam się, że musi się cos poprawić, sama sobie często przeczyłam i nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, trzymałam się kurczowo myśli, że to nie może się stać.

Wikusia poszła do szkoły, Anusia była w przedszkolu, Paweł poszedł do pracy na popołudniówkę

Zwyczajny dzień, oprócz tego, że tata był chory i nic się nie zmieniało, wręcz zaczęło coś się dziać, tata zaczął bardzo ciężko oddychać, zaczęło się to popołudniem, niekiedy ciężej, niekiedy głośniej, klatka piersiowa bardzo się podnosiła do góry i na dół, myślałam, że tata ma może tylko gorszy dzień. Chociaż sama nie wiem czy ja coś przeczuwałam, trochę tak, ale wyrzucałam te myśli daleko, od paru dni podawałam morfinę, co parę godzin, nie wiem czy tata dobrze reagował na to, niekiedy wydawało mi się, że tak, znowu innym razem zastanawiałam się czy mu nie szkodzę tym, ale to nie ja jestem lekarzem, robiłam wszystko tak jak mi kazali. Widziałam, że coś jest nie tak, zadzwoniłam do lekarki z Hospicjum, powiedziała, żeby podawać na przemian, co dwie godziny TRAMAL i MORFINĘ, obserwować i nic więcej, żadnej nadziei, nic.

Zbliżał się wieczór, położyłam dziewczynki spać, tata w dalszym ciągu ciężko oddychał, działo się coraz gorzej, a ja byłam sama.SAMA!!! Z myślami, z tatą, bałam się, że TO nadchodzi, prosiłam BOGA. JESZCZE NIE, PROSZĘ!!!

Mama widząc, co się dzieje oznajmiła, że idzie spać do dużego pokoju na podłogę, próbowałam jej to wybić z głowy, ale nie dało rady, wiem, że się bała jak zawsze, jak ona mogła zostawić wtedy tatę, powinna z nim być do końca, chociaż może lepiej, że jej nie było, sama nie wiem, co jest lepsze, może dostałaby histerii i byłoby jeszcze gorzej. Z tego wszystkiego otworzyłam wino w kuchni, wypiłam lampkę, nic nie czułam, pustka i ja sama.

Poszłam do taty, nie mogłam znaleźć sobie miejsca, usiadłam koło taty, wzięłam go za rękę, mówiłam do Niego cały czas, była cisza w domu, tylko ciężki oddech taty, bardzo ciężki, bardzo, podałam jeszcze raz leki, już nie pamiętam czy morfinę czy tramal.Prosiłam tatę, żeby wytrzymał, że będzie dobrze, że damy rade, że wyzdrowieje, musi wyzdrowieć. Poszłam do dużego pokoju, Paweł był w pracy, pisałam do niego na, skypa, że mama śpi w dużym pokoju na podłodze, wściekł się, wcale mu się nie dziwię, też byłam zła, że nie ma jej przy tacie.Pisałam do Pawełka o swoich obawach, że bardzo źle się dzieje z tatą, kazał mi się nie martwić, że będzie ok. Miał wrócić po 22 z pracy. Była 21.30 Poszłam na balkon zapalić, spieszyłam się do taty, nawet nie potrafiłam normalnie zapalić papierosa, szkoda mi było czasu.

Zostało 40 minut

40 minut, tylko tyle!!!

Poleciałam z powrotem do taty, trzymałam go za rękę, głaskałam go po głowie i mówiłam, mówiłam, patrzyłam na obrazki świętych, które miały go chronić, zdjęcia naszego papieża JANA PAWŁA II, to ich cały czas prosiłam, tylko tyle mi zostało. Tatuś miał otwarte oczy, patrzył gdzieś, przeze mnie, nie na mnie, ale tak jakby mnie nie było, nie wiem czy mnie słyszał, nie wiem czy mnie widział, czy czuł. Czy on był, czy już go nie było? Nie wiem nic, nic.

Zbliżała się 22, cały czas byłam, przytulałam go, ocierałam mu twarz z potu, był cały mokry, miałam zamiar przebrać tatę, ale pomyślałam, że poczekam już na Pawełka, on mi pomorze jak zawsze. Bardzo szybko i ciężko tatuś oddychał, klatka podnosiła się i opadała jak oszalała, teraz już wiem, ale wtedy nie wiedziałam ze to się zbliża, że tata umiera, właśnie teraz. Zaczęłam go błagać, ściskać za rękę, mówiłam do niego głośno, prawie, że krzyczałam, prosiłam nie rób tego, nie odchodzi, jeszcze nie, nie chciałam jednak obudzić dzieci, żeby się nie wystraszyły. Usłyszałam klucz w zamku, Paweł wracał z pracy. Tata miał ciężki oddech, bardzo, bardzo ciężki, było to już chyba ponad jego siły, odetchnął bardzo ciężko, Paweł już był w przedpokoju i szybko wbiegł do pokoju, tata odetchnął jeszcze raz i KONIEC. Nagle wszystko ucichło, nie wierzyłam, po prostu nie wierzyłam, że to KONIEC, zakichana śmierć zabrała go. Nie jestem w stanie opisać uczyć, jakie człowieka owładają, tylko ci, którzy przechodzą przez to potrafią zrozumieć. Nic nie słyszałam.

Pawełek powiedział tylko, przepraszam, chyba, dlatego, że nie wierzył mi, że to już teraz, tata trzymał mnie jeszcze za rękę, wyciągnęłam ja, nie wierząc, rozpinałam jego koszulę i położyłam głowę na jego klatce piersiowej, nic, serce nie biło, nawet wtedy nie wierzyłam, chciałam szarpać tatą, żeby się ocknął, Paweł odciągnął mnie od taty, prosił żebym się uspokoiła, nie mogłam.

Paweł zamknął tatusiowi oczy.

KONIEC!!! KONIEC!!! KONIEC!!!

Myślałam, że serce mi pęknie z bólu, miałam ochotę wrzeszczeć, wykrzyczeć wszystko, tatuś leżał, cisza.Co ja miałam zrobić, nie wiedziałam, co się dzieje, nie potrafiłam w to uwierzyć?Do dzisiaj nie wierzę. Dostałam jakiegoś szału, wszystkie obrazki świętych zaczęłam zrzucać z półek i rwać, krzyczałam do nich gdzie wy jesteście, dlaczego nic nie pomogliście, pozrywałam wszystkie obrazki przyklejone na szafie z naszym kochanym papieżem, dobrze, że Pawełek mnie powstrzymał i nie zniszczyłam wszystkiego. Paweł powiedział mi ” nie rwij”, przecież to był dobry człowiek, uspokajał mnie, rozpłakałam się wtedy, gdy zrozumiałam, co robię, po co to zrobiłam, żałowałam, ale człowiek w bezsilności robi rożne głupie rzeczy.Chciałam wszystko potem sklejać, kręciłam się jak w amoku po pokoju. Wiedziałam, że Paweł już zadzwonił do firmy pogrzebowej, on wiedział już dawno, że to nastąpi, ja nie dopuszczałam takiej myśli nigdy, może tylko przez ułamek sekundy. Jakoś wcześniej już mi tłumaczył, że trzeba się dowiedzieć, że jeśli to się stanie to musimy być przygotowani wtedy. Nic nie chciałam o tym wiedzieć, zostawiłam to Pawełkowi, nie chciałam o tym w ogóle myśleć.

Nie chciałam żeby zabierali tatusia, wiem, że to absurdalne, przecież tak trzeba. Przyjechali lekarze, zbadali tatę i stwierdzili śmierć, musiałam jeszcze udzielić niezbędnych danych, informacji.Nie mam pojęcia jak ja to wszystko powiedziałam, byłam jak w letargu, dobrze, że był Pawełek, dziewczynki spały mocno, dobrze, że się nie obudziły.Lekarka stwierdziła, że powinna być sekcja, nie wiem, dlaczego chyba mnie nie zrozumieli, dlaczego i na co tatuś umarł. Nie wiem, zgodziłam się, bo powiedzieli, że chociaż będę wiedziała gdzie ten rak był jeszcze. Potem dopiero okazało się u naszej lekarki rodzinnej, że to bzdura, że sekcje robi się wtedy, gdy śmierć następuje nagle i gdy nie wiadomo, co się stało a nie w wyniku choroby takiej, jaką miał tatuś. Dobrze, że nie trzeba było tego robić, po co, dlaczego się wtedy zgodziłam, dobrze, że się wszystko wyjaśniło.

Przyjechali z firmy pogrzebowej, weszli bardzo cicho, ubrani na czarno, naprawdę nienagannie się zachowywali. Nie miałam pojęcia, że tak to wygląda, że tak wszystko się kończy.Pożegnałam się z tatusiem jeszcze raz, jeszcze raz przytuliłam go, jeszcze raz pocałowałam go w głowę, jeszcze raz trzymałam go za rękę.Jeszcze raz….   Przenieśli tatusia z łóżka na podłogę na przygotowane wcześniej nosze ze specjalnym czarnym workiem, zasuwanym na zamek.Tak się bałam, żeby tacie nic się nie stało, wiem bez sensu, co mogło mu się już stać, już się stało. Jeszcze złapałam tatę za rękę, nie potrafiłam się z nim rozstać. Wzięli tatę i wyszli z mieszkania, miałam zostać, bo Pawełek z nimi poszedł, ale nie, ja jeszcze złapałam czapkę i zbiegłam po schodach, na dole musieli położyć nosze i ja wtedy jeszcze raz mogłam go zobaczyć, założyłam jeszcze tatusiowi czapkę.Wyszli z noszami do samochodu zamknęli drzwi.Odjechali. Odjechali z tatą, co teraz??? Paweł stał i płakał, ja stałam i też płakałam, nic nie mówiliśmy, staliśmy tak chwilę.Aż w końcu poszliśmy do domu. Nie potrafiłam tego ogarnąć, poszłam do mamy do pokoju, spała, nie mogłam jej dobudzić, w końcu mi się udało. Powiedziała, –„Co się stało, już, już, tak „ Ja na to „mamo, tatuś umarł „ A ona po prostu dalej poszła spać, wiem była na tabletkach, ale nie wiem, co lepsze, żeby wstała i lamentowała czy lepiej, że spała. Mimo wszystko potrzebowałam wtedy matki, po prostu potrzebowałam normalnej matki, jej bliskości i ciepła, ale nigdy tego nie będę miała. Położyłam się spać, wzięłam taty zegarek, tylko to mam po nim najcenniejszego.Jego zegarek też stanął.   

                                                               

Walczymy i mamy nadzieję – wspomnienia styczeń /luty 2013

3.
Pewnej nocy, gdy wszyscy już spali , mama w pokoju gdzie spał tata a dziewczynki u siebie ,Pawełek był wtedy w pracy na nockę ,był wtedy styczeń 21albo 22 ,chyba miał być dzień dziadka .
Tata znowu się obudził , byłam wtedy z nim prawie godzinę , wtedy rozmawialiśmy , raczej ja cały czas mówiłam ,ale tata wszystko rozumiał , wiem o tym bo wtedy jeszcze ściskał mnie za rękę jak go o coś pytałam lub gdy prosiłam ,żeby mi odpowiedział , to zadawałam pytania w taki sposób ,żeby mógł odpowiedzieć tak lub nie .
Zawsze tak starałam się dobierać słowa żeby tata się nie przemęczał za bardzo i żeby mógł odpowiedzieć . Wiem jednak tak na 98% ,że on mnie wtedy bardzo dobrze rozumiał. Patrzył na mnie tego nie mogę zapomnieć , jak on patrzył , tyle chciał mi wtedy przekazać ,ale jego oczy mówiły wszystko .
Opowiadałam mu wtedy co znowu nowego się wydarzyło w domu i w rodzinie , nie wspominałam tylko babci , o jego mamie .Bardzo chciał się z nią spotkać , zawsze jeździli tam na wakacje ,a ostatniego roku nie byli i miał zamiar właśnie w tym roku pojechać na Wszystkich Świętych, niestety nie udało się . Bałam się ,ze jak coś wspomnę to będzie pojękiwał , ale nie z bólu , wtedy jeszcze nie miał chyba dużego bólu,  jednak tego się nigdy nie dowiem jak było naprawdę .
Tatuś często wzdychał , tak jakby jęczał , ale było to bardziej związane z bezsilnością i bezradnością , wiedział co się dzieje i bał się . Ja też się bałam o niego . Starałam zawsze się być przy tacie twarda ale czuła , starałam się żeby się nie rozpłakać przy nim . Wtedy jednak w tej naszej „ rozmowie „ dużo mu opowiadałam o dzieciach , że są zdrowe , o mamie ,że się stara mi pomagać ile może , że Pawełek tez mi pomaga i to bardzo dużo ,że bez niego nie dałabym rady .
Tej nocy przeprosiłam tatę za to ,że mało się może starałam być dobra córką ,że chciałabym to zmienić , tylko musi wyzdrowieć i będzie dobrze . Tata jęknął ,jakby chciał zawyć , nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa , tylko mnie słuchał , nie chciałam go męczyć ,ale wiedziałam i chciałam mu powiedzieć o rzeczach o których się zazwyczaj nie mówi .Przeprosiłam go wiec jeszcze raz za to co było kiedyś , że mieli przeze mnie tyle problemów , wiem ,ze tata dawno mi wszystko wybaczył ale chciałam mu to jeszcze raz powiedzieć . Pocieszałam go ,obiecałam mu ,że wszystko będzie dobrze , chodziło mi wtedy ,że gdyby go zabrakło ,ze gdyby odszedł to ja się wszystkim zajmę ,nie chciałam powiedzieć jednak tego głośno .
Ale chyba zrozumiał o co mi chodzi, zajęczał cicho. Obiecałam tatusiowi ,że zrobię wszystko ,żeby wyzdrowiał ,żeby był z nami ,żeby się nie martwił , bo najważniejsze jest jego leczenie .
Powiedziałam mu też ,ze będziemy jeszcze chcieli zrobić jeszcze raz tomograf , tylko musimy jeszcze poczekać ,ze załatwiamy wszystko z lekarzami.
Nie mam pojęcia jak powinnam opisać te wspomnienie , trudno jest dobrać słowa tak żeby odzwierciedlić tamtą sytuacje ,mam to wszystko jak dziś przed oczami ,jednak bardzo trudno o tym napisać .
Rozpłakałam się wtedy przy nim ,ale starałam się ukryć łzy , więc szybko tam niby mu coś muszę podać ,a to wodę nalać , a to kołdrę poprawić , jak mi przechodziły łzy to jeszcze rozmawialiśmy .
TEJ NOCY ROZMOWA BYŁA INNA , TAK NAPRAWDĘ POŻEGNAŁAM SIĘ Z TATĄ

 


Jednak starałam się mówić do niego tak ,żeby nie myślał ,że jest to pożegnanie , nie chciałam ,żeby odszedł ,chciałam dalej o niego walczyć , nie poddałam się i nie poddam się do końca , ale musiałam to zrobić , chciałam żeby wiedział ,że nie mam żalu do niego o nic i ze zawsze będzie w moim sercu , obojętne co by się nie stało . Chciałam go przeprosić i obiecać parę rzeczy .
Trudno było mi wtedy wyjść z pokoju , tatuś w końcu pomału się zmęczył , zamykał oczy, głaskałam go wtedy po głowie , i mówiłam jak bardzo go kocham ,że będzie dobrze ,żeby w to bardzo wierzył.
W końcu tatuś usnął .